Charlie Food & Friends – W poszukiwaniu smaku – część 3.

W ostatni czwartek wybrałyśmy się z Olgą do „ Charlie food&friends „. Czemu akurat tam?

Otóż kupiłam na Groupon-ie kupon na 2 burgery w „ Charlie ..”. Po prostu. Gdyby nie to, pewnie dalej nie wiedziałabym o istnieniu tego miejsca, nie mówiąc o pójściu tam na obiad. Kupon-groupon kupiony, poszłyśmy.

Pierwsze wrażenie? Całkiem pozytywne – wystrój minimalistyczny – biel, zielone akcenty, czarno-białe fotografie na ścianach, przezroczyste lampy. Chłodno. Bardziej stołówka niż restauracja – takie miejsce by wejść, zjeść obiad i wyjść, a nie żeby posiedzieć dłużej z przyjaciółmi. Niemniej jednak ładnie i czysto.

Menu wygląda tak:

Zaczęłyśmy od herbaty – strasznie zmarzłyśmy, trzeba się było rozgrzać. Summer berry i earl grey. Olga poprosiła o miód zamiast cukru – dostała bez problemu (bardzo smaczny, tak na marginesie 😉
Nie ma co się rozpisywać o herbacie z torebki wspomnę więc o przesympatycznej kelnerce, która nas obsługiwała. Dziewczyna była pierwszy dzień w pracy ale zachowywała się bardzo profesjonalnie i jak czegoś nie wiedziała, szła do kuchni zapytać. Duży plus.

Po herbacie przyszedł czas na… Nie, jeszcze nie na burgery – na „Kosz pieczonych skór ziemniaków z jogurtowym sosem sweet chilli”:

Wrażenia? Hm.. Mogło być lepiej.. Sos bardzo smaczny, natomiast obierki.. Mogłyby się piec nieco dłużej (no właśnie – pieczone one były? Mam wrażenie, że jednak smażone w głębokim oleju) – cieńsze były chrupiące, ale grubsze niestety jeszcze odrobinę surowe. Furory nie zrobiły, a bardzo na to liczyłam.. Przejdźmy do dania głównego.

Postanowiłyśmy zamówić Charlie burgery w zupełnie różnych stylach, przekroić i wymienić się połówkami – żebyśmy obie spróbowały wszystkiego.

Burger nr 1:
ciemna bułka
stopień wysmażenia mięsa: well done
ser pleśniowy
grillowana gruszka
pietrucha w miodzie
karmelizowana cebula

Burger nr 2:
jasna bułka
stopień wysmażenia mięsa: medium
mix pomidorów
tapanade
rukola
szpinak
świeża cebula (poprosiłyśmy o świeżą, nie ma jej w rozpisce)

Wrażenia? Może po kolei: w menu jest wyraźnie napisane: „Charlie burger to 250g świeżej wołowiny, wysmażonej tak jak lubisz, serwowany z wedges, dżemem jarzębinowym i dodatkami, które sam wybierasz”. O czym nie wspomnieli? O tym, że w każdym burgerze jest sałata, ogórek, cebula i pomidor. A także o tym, że jak zamawiasz tapanade, to dostajesz je w naczynku, a nie w burgerze i nie dostajesz jarzębiny.

A smak/zapach/wygląd? Wszystko świeże, mięso świetnie doprawione – godne polecenia. Well-done zdecydowanie za suche i za twarde, medium idealne. Roztopiony i lekko przyrumieniony ser pleśniowy na gruszce był gwiazdą posiłku. Pytanie tylko gdzie podziała się pietruszka? I czy pietruszka to korzeń, czy natka? Nastawiałam się jednak na korzeń (i do pewnego stopnia okazało się, że mogłam mieć rację, ale o tym później) ale tak na prawdę nie wiem co powinnam znaleźć w burgerze, bo żadnej z opcji nie było. W drugiej kanapce z kolei nie było szpinaku – cóż widocznie tak miało być.
Ciekawostki – tapanade było bardzo smaczne z samą bułką, z mięsem już niekoniecznie („znikało”). „Mix pomidorów” okazał się być kilkoma pomidorkami koktajlowymi.. Bułki były bardzo średnie, trochę „watowate”. Wedges bardzo smaczne.

I to byłby moment na podsumowanie, gdyby Olga nie postanowiła wziąć burgera na wynos dla swojego mężczyzny. Dostała szczelnie zapakowaną bułę, oddzielnie wedges i.. No właśnie.. Jarzębiny nie dostała.. Nie mówiąc o tym, że torebkę na 2 plastikowe pojemniczki wzięłyśmy z pobliskiego Coffee Heaven, bo Charlie torebek nie posiada. Ups…

Drugie „ups” – zamówiła w jasnej bułce, ale niestety musiała zdowolić się ciemną – o 18.30, w lokalu otwartym do 22, zabrakło bułek. Zdarza się. Z tego co wiem mężczyzna zjadł z dużym apetytem i nie narzekał na ziarenka 😉

I dobrnęliśmy do podsumowania. Absolutnymi plusami były: smak, świeżość produktów i pani kelnerka. Minusy to: brak zamówionych składników w burgerach, niedopieczone (?) „skóry”, niejasno sformułowane menu Charlie burgera (Charlie, dopiszcie info o sałacie i pozostałych „stałych” składnikach!), brak torebki na wynos (papierowa, biała z Waszym logo byłaby naprawdę bardzo ładna) i jarzębiny.

I jeszcze jedna wpadka:

Jak wrzucacie info na facebook-u, że na osoby z kuponem-grouponem czeka niespodzianka, to poinformujcie pracowników, że taki post wrzuciliście. NIKT nie wiedział o czym mówię. A gdybyśmy dostały kupon od razu, nie musiałybyśmy płacić za „Kosz pieczonych skór..”, bo pierwsza pieczątka była „z automatu”, a drugą byśmy dostały za opłaconego burgera na wynos.. Skąd w ogóle wiem o kuponie? To ciekawa historia 😉
Tak, byłam drugi dzień z rzędu w „ Charlie food&friends ” – tym razem nie wydałam ani złotówki 😉 Dostałam obiecaną niespodziankę – 3 (!) kupony do zbierania pieczątek -> po zakupie 2 burgerów „Pieczone skóry..”, po zakupie 4 -> 5 gratis.

W konkursie wygrałam lunch, czyli de facto danie, które odgadłam – „Burger z łososia z kolendrą oraz dodatki z marynowanej pietruszki”. I doszliśmy do momentu, w którym uznałam, że „pietrucha w miodzie” mogła być korzeniem, a nie natką – na zdjęciu poniżej widzicie frytki?

To nie są frytki! A przynajmniej nie z ziemniaków 😉 Tak, to jest pietruszka. Niektóre kawałki były niestety bardzo włókniste, ale te, które nie były (czyli wnętrze korzenia) były fantastyczne.. Pycha! Nie mówiąc o burgerze. Nie chcę się tu rozpływać i mazgaić, ale burger z łososia to pierwsza potrawa od dłuższego czasu, której zjedzenie dało mi tyle radości. Pyszny, po prostu pyszny! Leżał sobie niepozornie na pajdzie chleba (lepszego niż burgerowe bułki, ale niestety dalej bez szału), posmarowanej (najprawdopodobniej) tym samym sosem, który dostałyśmy dzień wcześniej do „skór ziemniaka”. Do tego rukola z kolejnym pysznym sosem, oliwki i 2 suszone pomidory (pomidory na wierzchu).

Podsumowując podsumowanie 😉 Gdybym pracowała w wieżowcu, w którym mieści sie „ Charlie food&friends „, to na pewno raz na jakiś czas wpadałabym tam w porze lunchu. Jedzenie jest świeże, smaczne, pracownicy bardzo sympatyczni i pomocni. Nie żałuję, że się tam wybrałyśmy, ale nie wiem czy dalej bym nie żałowała, gdybym zapłaciła za burgery cenę z menu.

Jak dla mnie „food” jak najbardziej, „friends” już niekoniecznie – trochę za chłodno, trochę bez klimatu.

Navigate