Otwarcie Max Burgers Warszawa

Nie będę ukrywać, że bardzo czekałam na ten dzień.

Może Ci się wydać to dziwne bądź głupie, że tak się ekscytuję otwarciem nowego lokalu sieci serwującej burgery. Rozumiem to i nie neguję! Sama uważam, że może czasami przesadzam z okazywaniem tej radości. Jednak Max Burgers nie jest dla mnie tylko miejscem serwującym smaczne dania – jest też swego rodzaju symbolem, namiastką ukochanej Szwecji, przywołuje wspomnienia.

Bo to nie jest tak, że mam obsesję na punkcie burgerów. W 9 na 10 przypadków zamiast niego wybiorę hot doga – czy „zwykłego” w IKEA, czy z wymyślnymi dodatkami, a może w formie tunnbrödsrulle.

Zaskoczenie?

Dlaczego więc tak się przy tym Maxie upieram? Co jest w nim takiego nadzwyczajnego? Smak. Jakość. Podejście do biznesu. Do środowiska. Do klienta. Ciągły rozwój i poszukiwanie nowych rozwiązań – czy smakowych, czy związanych z ekologią. W końcu wystrój lokali. Te wszystkie elementy składają się na fantastyczną całość, której kibicuję i którą podziwiam od lat.

Możesz pomyśleć, że „przecież to buła z mięsem, nad czym tu się rozwodzić?”. Pierwsze moje pytanie –

„a próbowałeś?”

Czy wiesz, że..

Max-a bułki i sosy są na tyle wyjątkowe i lubiane, że można je kupić w sklepach w Szwecji? Że oprócz tradycyjnych, mięsnych burgerów masz do wyboru również opcje wege, wegańskie, a nawet burgery bez bułki? Że wege nuggetsy są tak dobre, że nawet zatwardziały mięsożerca da się oszukać i uzna je za kawałek kurczaka? (osobiście przeprowadziłam test na domowym mięsożercy)

Dla mnie, jak już wyżej pisałam, to nie tylko fantastyczny smak (frytki z sosem serowym, jalapeno i czerwona cebulką są fantastyczne, a BBQ Sandwich, z sojowym produktem o nazwie Oumph! zamiast szarpanego mięsa, jest wręcz obłędny).

Wyobraź sobie..

..że czekasz cały rok na urlop. W końcu nadchodzi ten dzień, jedziesz do ukochanego członka rodziny (w moim przypadku do Babci). Wsiadasz wieczorem na prom, starasz się zasnąć, ale nie możesz, bo wiesz, że nadchodzący dzień będzie fantastyczny. Wstajesz skoro świt i idziesz na pokład. Na horyzoncie majaczą już kształty znajomych wysepek. Powietrze się zmienia, zbliża się ląd, a ty wiesz, że już prawie jesteś „at home, away from home” (w domu z dala od domu). I za każdym razem, gdy odbywasz tę podróż, kilka elementów nie zmienia się – oczekiwanie w samochodzie na otwarcie platformy i zjazd z promu, jazda krętymi uliczkami z portu do miasta (po których mimo ograniczenia prędkości zawsze ktoś gna). Znajome widoki, świeże powietrze, skały.. I ostatni przystanek przed dalszą podróżą, na małą przekąskę, za którą tęskniłeś od poprzedniej wizyty..

Tak jak napisałam wcześniej – może się to wydać dziwne, a nawet głupie, że taką uwagę przywiązuję do otwarcia kolejnej restauracji z sieci. Ale ja chyba tak mam, że cieszą mnie „małe” rzeczy. Jak otrzymałam zaproszenie na otwarcie warszawskiego Max Burgers to nie wiedziałam co ze sobą zrobić (a jak przyszło papierowe zaproszenie z balonikami, to uśmiech nie schodził z mojej twarzy przez długie godziny). Wiesz co jeszcze było dla mnie ogromną radością? Że na otwarciu był obecny Richard Bergfors. Byłam mocno zdziwiona, że chyba NIKT z zaproszonych gości nie miał za bardzo pojęcia kim jest. Nawet przemiła dwójka blogerów siedzących obok mnie (zajmujących się tematyką skandynawską) zaczęła go obserwować na Instagramie po tym jak im powiedziałam, że ma profil, na którym pisze recenzje burgerów z całego świata. Szok..

Ponieważ już się rozpisałam ponad miarę, podzielę ten post na 2 części – ten wpis potraktuj jako wstęp – w kolejnym opiszę potrawy, których miałam okazję spróbować podczas oficjalnego otwarcia, a także 2 kolejnych wizyt, jakie odbyłam w kolejnych dniach. Serdecznie zapraszam na ciąg dalszy jutro!





Navigate